Pieniny: Wysoki Wierch, Słowacja
Inspiracją do tego wypadu był algorytm YouTube'a, który podsunął mi film pewnego górskiego influencera. Ponieważ jednak ów twórca zignorował moją wiadomość, a mail ode mnie pewnie zobaczył jego kosz, nie będę mu tu robił darmowej reklamy. Jego strata, potencjalnie ominą go ze dwie unikalne wizyty z mojego bloga. No i wypadł z mojej subskrypcji, są przecież i inne źródła inspiracji :)
Plan był prosty: pętla z Leśnickiego Siodła przez Leśnicę, Szafranówkę i Wysoki Wierch. Brzmiało jak solidny plan projektu i ... faktycznie było solidnie. Już na pierwszych kilkuset metrach szlaku wpadliśmy na kolekcę... grzybów. Były wszędzie. Prawdopodobnie jadalne, na pewno niejadalne i te z kategorii "zjedz a zobaczysz Matrixa". Niektóre grzyby były w kapeluszach o średnicy ponad 20 cm – sprawdzone empirycznie!
Drugi checkpoint: Leśnica. Miałem w backlogu zadanie "wypić lokalne piwo". To po poprzedniej wycieczce w okolicy, gdy część tej trasy szedłem w drugą stronę. Tabliczka głosiła dumnie "Złotówki akceptowane", co nasze mózgi zinterpretowały jako "płacisz jak chcesz". Błąd logiczny. Terminala brak, a karta kredytowa to jednak nie to samo co gotówka. Skończyło się na refaktoryzacji planów – zamiast piwa był sam odpoczynek i refleksja nad zacofaniem technologicznym naszych sąsiadów. I orzeszki, które wzięliśmy z domu. W Polsce płacimy zegarkiem za pietruszkę na straganie, a tutaj, w spożywczym sklepie? Cash only. Miałem wrażenie, że cofnęliśmy się o co najmniej jeden update rzeczywistości.
Ale im bliżej mety, tym bardziej grafika zaczęła nadrabiać braki w UX. Kulminacją był Wysoki Wierch. Panie i Panowie, to co tam zobaczyliśmy podczas złotej godziny, to był render najwyższej próby. Nowa Zelandia w wersji demo. Gdyby Microsoft szukał następcy tapety z Windowsa XP, to właśnie tutaj powinien wysłać ekipę. Światło, przestrzeń i... stada baranów. Setki baranów, zachodzące słońce. Widok tak surrealistyczny, że aż chciało się sprawdzić, czy to nie deepfake. Albo ulica Wiejska, gdy przed chwilą skończyło się ostatnie głosowanie...
Tutaj jest mapa.
Post scriptum, czyli łyżka dziegciu w beczce miodu. Mimo wyjątkowych ostatnich górskich wypadów nie jestem 100% happy z tego roku. Nie udało się zrealizować celu wycieczek, było ich po prostu za mało. Zbyt późno udało się nam wybrać w góry po raz pierwszy: kto to słyszał, żeby sezon otwierać w sierpniu? Cóż... pozostaje sobie życzyć, żeby kolejny rok 2026 był górsko w pełni udany.


















